Tacy sami

Mamy zaszczyt przedstawić Państwu kolejne opowiadanie…

Tacy sami, a ściana między nami…
Tacy sami

(Lady Pank)

– O Jezu!!! – wykrzyknął na całą kabinę pilot Radonis. – Oni są tacy sami jak my!

– Radonis spokój – zakomenderował komandor Wyszopolski, choć sam nie krył zdziwienia. Lexus IP 49 znajdował się na wprost planety łudząco podobnej do Ziemi. Naszej Ziemi, jak myśleli członkowie międzynarodowego zespołu. Ale o tym, że jest ona bliźniaczo podobna do Błękitnej Planety, wiedziano już od lat. Optyka supernowoczesnych ziemskich obserwatoriów, już od dawna skierowana była na Niebieską Planetę, jak nazywano znajdujący się przed nimi obecnie glob. Te same proporcje, ta sama atmosfera, tylko miejsce we wszechświecie inne. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że ani teleskopy i inny sprzęt do obserwowania nieba, ani bezzałogowe sondy nie mogły prześwietlić tego świata. To znaczy mogły, ale ich obrazy były zamazane, wszystkie bez wyjątku.

Wyszopolski czuł narastające napięcie na mostku. Atmosfera tego trwającego trzy lata rejsu była napięta od samego początku, finansowanego chyba przez wszystkich ludzi na Ziemi. Lata mijały, a oni po morderczym treningu coraz bardziej zbliżali się do swojego Parnasu. Tak naprawdę nikt ich na to, co miało ich spotkać nie przygotował, ani na samą podróż, ani na to ci mieli ujrzeć na jej końcu. Obiecywano im, że podobno nawet wrócą do domu, ale Wyszopolski w to nie wierzył. Pierwsze dwa lata rejsu minęły spokojnie, choć wszyscy marzyli o tym, by jak na starych filmach, które oglądali w strefie rozrywki, móc się zahibernować. Oczywiście były to tylko brednie rodem z XX i XXI wieku, tak samo jak w podróże w czasie i w pełni sztuczna inteligencja. Jeśli już mowa o XXI wieku, to właśnie wtedy rozpoczęła się cała ta historia.

A rozpoczęła się tak, jak każda inna wielka historia, bez fanfarów i oklasków. Pewien zapalony astronom, którego notabene nie przyjęto na studia astronomiczne w swoim przydomowym obserwatorium, za kilkaset funtów, odkrył tajemniczy błysk, a że była to epoka czegoś, co nazywano Internetem, który zapewniał zadziwiające jak na tamte czasy możliwości komunikacji, ten niepozorny amator ogłosił swe rewelacje podobnym jak on zapaleńcom. Nie ma się, co dziwić współczesny czytelnik, słusznie złorzecząc na mały profesjonalizm ówczesnych agencji lotniczych, wtedy jeszcze nazywanych kosmicznymi i rządu. Taka to była epoka: impertynencji i ciemnoty… Wracając do naszej historii, niezwykle szybko cały glob obiegła nowina o odkryciu tajemniczych błysków, bo jak się wkrótce okazało, błyski te pojawiały się w równomiernych odstępach. Zajęło ponad sto lat tęgim umysłom odkrycie, co oznaczały te tajemnicze znaki na niebie, a chodziło o zwyczajny kod Morse’a, który w tamtych czasach stracił na znaczeniu i nie był już używany. Jak to? – Spyta wnikliwy czytelnik. A tak to: szukano bowiem jakiegoś tajemniczego przesłania, badano błyski pod każdym kątem i nikt nie pomyślał o tym, że jest to ten najprostszy z kodów. A kto to odkrył… i tu nie zawiedzie się czytelnik. Oczywiście, że nie drogie w utrzymaniu instytucje, tylko kolejny zapaleniec. Oj całe szczęście, że w dzisiejszych czasach nikt nie trwoni pieniędzy na marne naukowo uniwersytety i jakieś tam instytuty. Przekaz odkrył dwunastoletni chłopiec, który lubił czytać tanie książeczki o starych marynarzach na Ziemi. Nie wgłębiając się za bardzo w tą ogólnie znaną historię, przypomnę jedynie, że tajemnicze błyski układały się w napis: Przybywajcie… Kiedy tęgie głowy w salwach śmiechu całego świata potwierdziły odkrycie chłopca, zapanowała euforia. Od razu stwierdzono: jak nas zapraszają, to musimy tam lecieć. Ale jak? Prawie od dwustu lat ludzkość nie opuściła swojego układu, a tu teraz taka wyprawa. Nic to, rozpoczęto szeroko zakrojone przygotowania, badano planetę skąd dochodził błysk na wszelkie sposoby, ale właśnie ten tajemniczy błysk niszczył wszelkie dane o niej, nie mówiąc już o sondach. W końcu wybudowano statek, wyszkolono siedemnastoosobową załogę i wymyślono plan. O przepraszam: PLAN. Ostatecznie wystrzelono tych kilkunastu wystraszonych, ale oczywiście przeszkolonych ludzi, w wielkim cygarze wypełnionym łatwopalnym paliwem.

Teraz podróż dobiegała końca, a załoga nie liczyła już siedemnastu ludzi, a zaledwie dziesięciu, co oczywiście nie było wielkim zdziwieniem dla tych, którzy znali PLAN, bo jak głosiła jedna z jego prawd: możliwe, że nie wszyscy dolecą na miejsce.  Najwidoczniej niektórzy członkowie załogi go nie znali. Po heroicznej w takich wypadkach walce z promieniowaniem kosmicznym, szaleństwem, awariami, morderstwem, burzami kosmicznymi i wieloma, naprawdę wieloma innymi strasznymi rzeczami, w końcu Lexus znajdował się u celu swojej wyprawy.

– Kapitanie? Tu Vangelis. – Głos w interkomie wyrwał Wyszopolskiego z zadumy – słucham pierwszy?

– Ciągle nie zlokalizowaliśmy źródła błysków, jednak z naszych pomiarów wynika, że powierzchnia planety, oprócz tego, że jest łudząco podobna do naszej Ziemi, jest też zamieszkana. Wokół niej, na orbicie geostacjonarnej krąży zaś wiele satelitów, najprawdopodobniej pochodzenia nieorganicznego.

Na mostku zapanowała cisza. Przez dni, tygodnie i miesiące debatowali o tym, co czeka ich na końcu podróży, a teraz wyglądało na to, że chyba pomylili drogę i wrócili na swoja ojczystą planetę…

Wyszopolski był jednak na to przygotowany. Szybko wydał odpowiednie rozkazy, a po kilku dniach statek znalazł się w bezpośredniej bliskości planety. Gdy mijali jeden z dwóch jej księżyców odebrali mocny sygnał alfabetem Morse’a, wyraźnie nakierowany na nich. Oczywiście ludzkość niczego się nie nauczyła i żaden z astronautów nie potrafił odczytać sygnału. Wyszopolski był zmuszony wysłać sygnał na Ziemię, a ta odpowiedziała po bardzo nudnym miesiącu oczekiwania: Witamy. Przybywajcie. Koordynat – …. I tu następował długi cykl cyfr, które dokładnie w fizycznym odpowiedniku, umiejscawiały pewien obszar na północy planety. Kapitan podjął decyzję, Ziemia zaakceptowała, załoga nie oponowała i tak rozpoczęła się misja lądowania. Przedtem przeskanowano, przebadano i penetrowano planetę pod każdym względem, jednak ku zdziwieniu astronautów, na ich ojczystej planecie nie odbierano wysyłanych przez nich informacji, a z tych, które dotarły, absolutnie nic nie dało się wywnioskować. I tak ekipa statku międzygwiezdnego Lexus IP 49 własnymi siłami musiała poradzić sobie z tą najniezwyklejszą zagadką wszechświata.

Kapitan, oprócz samego siebie, do tej ryzykownej akcji wyznaczył jeszcze trzech członków załogi: Ksenię Bałamutową, Dietera Bohlena i Farrokha Bulsara. Biolożkę, antropologa i speca od komputerów. Po wydaniu ostatnich dyrektyw kapitan wraz z wybrańcami wszedł do lądownika, po czym zamknięto za nimi włazy. Kilkanaście minut później czwórka apostołów stanęła na obcej planecie. Znaleźli się w środku lasu, porośniętego przez drzewa bardzo podobne do tych na Ziemi. Aż za bardzo podobne… Przed wylądowaniem postanowiono, że grupa nie opuści kwadratu dziesięć na dziesięć metrów od lądownika i zaczeka na możliwy kontakt z… No właśnie. Z czym?

Dziesięć minut – tylko, albo aż tyle – musieli czekać, aż coś się wydarzy… Dla każdego z nich było to najdłuższe dziesięć minut w życiu, a przecież przeżyli już niejedno. Bulsar myślał o swojej żonie i dzieciach, Bohlen konkretnie to o niczym, a Ksenia, a któż to wie, o czym myślą kobiety. Tylko Wszechpolski wykazywał oznaki myśli górnolotnych i co najważniejsze związanych z misją. Po dziesięciu minutach od opuszczenia lądownika potok myśli całej czwórki został przerwany, bo o to znikąd pojawił się dziwny pojazd, a określenie to doskonale współgrało z jego wyglądem. Ciszę przerwał Bulsar mówiąc: – Może to jakieś niebo, nie wiem, baza ludzi umarłych, czy coś…

Cała czwórka wpatrywała się w skupieniu na zbliżający się pojazd. Była to kanciasta konstrukcja, szybująca kilkanaście centymetrów ponad nierównościami terenu. Nie miała elementów prześwitujących, więc załoganci Lexusa nie mogli dojrzeć kogokolwiek w środku. Ponadto maszyna nie wydawała żadnego dźwięku, ale wkrótce zbliżyła się do coraz bardziej wystraszonej grupki ziemian. Znaczy się naszych Ziemian, w odróżnieniu od ich ziemian, albo ziemianów, albo ziemianinów, albo… eee tam. Nieważne. A więc, mamy czwórkę z Błękitnej Planety i tajemniczy pojazd, który zatrzymał się w odległości kilku metrów od tej grupy. I tak to leci… pojazd stoi, a ziemska czwórka czeka. W końcu jak przystało na kapitana, Wyszopolski ruszył ku dziwnemu pojazdowi, a gdy się doń zbliżył, otworzył on swoje podwoje ukazując tonące w mroku wnętrze. Po chwili pozostała trójka ziemskich astronautów podążyła za kapitanem, który tymczasem zagłębił sięw przepastnej ciemności.

Nasi ziemscy astronauci, choć powinniśmy ich chyba nazwać gajonautami, znajdując sięw kompletnej ciemności, poczuli jak po zamknięciu tajemniczych drzwi, pojazd się poruszył. Potem już niczego nie czuli. I trwało to długo, może z dziesięć minut, albo tylko dwie… Kto to wie? W końcu poczuli lekkie zakołysanie i drzwi, które wcześniej ich pochłonęły, otworzyły się ukazując biały korytarz. Wzdłuż podłogi zbudowanej, jak wydawało się im z jednego wielkiego kawałka jakiegoś materiału, luminescencyjna zielona poświata wskazywała drogę… I ruszyli, jak opowiadają, tym jasnym, białym korytarzem w głąb białego interioru. W końcu stanęli przed białymi drzwiami, które otworzyły się po chwili. A za nimi…

A za nimi, tymi ostatnimi z białych drzwi: wrót do innego świata, astronarze ujrzeli… stół. Po obu stronach tego lewitującego dziwactwa siedziało wielu ludzi. Później doszli do wniosku, że musiało tam siedzieć z 600 ziemian, którzy wpatrywali się w czwórkę naszych wielkich podróżnikówz niekłamanym zainteresowaniem, jednocześnie notując coś, wprost na blacie ogromnego, podłużnego stołu. Po pełnej konsternacji, przedłużającej się chwili, jeden z ziemian wstał i rzekł, tak czystym i pięknym angielskim, że czwórka Ziemskich astronarzy wzdrygnęła się jednocześnie i bezwiednie.

– Witajcie, moi mili – płynęły słowa z ust wysokiego blondwłosego jegomościa, odzianego w coś, co na naszej Cudownej Narodowej Ziemi przypominałoby szlafrok – Witajcie! W imieniu Ziem Zjednoczonych, mam… mamy przyjemność powitać przedstawicieli Ziemi 665…

– Szóstej – wszedł mu w słowo starszy, siwowłosy mężczyzna ubrany w jaskrawy uniform.

– Tak, tak – poprawił się blondyn. – Szóstej… choć, z tego, co wiem, na waszej Ziemi to zła liczba. No, nic. Cieszymy się, że w końcu przybyliście. Usiądźcie proszę, a my odpowiemy na wasze trzy pytania.

Za czwórką Ziemskich astronarzy znikąd pojawiły się cztery, na pierwszy rzut oka, bardzo wygodne siedziska, na które oniemiali opadli zaraz. Pierwszy odezwał się kapitan, który zdołał wyartykułować:

– Dlaczego trzy?

– Już dwa – odpowiedział uśmiechając się blondyn. – To odwieczne prawo trzech pytań, to nasza tradycja, odkąd porozumieliśmy się z drugą ziemią, a potem trzecią i tak dalej. Od tego czasu odpowiadamy na trzy pytania, po czym przedstawiciele ziemi, w tym wypadku będziecie to wy, muszą odlecieć do siebie, aby ogłosić orędzie, które przedstawimy wam, gdy skończycie pytać.
A więc, jak brzmi drugie pytanie?

Czwórka jednych z najinteligentniejszych przedstawicieli naszego Ziemskiego gatunku popatrzyła po sobie. Na ich twarzach malował się wyraz takiego zaskoczenia, że blondyn, najwidoczniej dobrze znający emocje także innych ziem, dodał:

– Pytania muszą paść teraz, a więc moi mili pytajcie, gdyż czas jest bezcenny, chociaż ziemianie 354 mogą myśleć inaczej.

W końcu Bohlen, jako najstarszy z Ziemskich przedstawicieli, zadał pytanie, którego nie powstydziłyby się miliony, ba miliardy naszych Ziemian:

– O co tu chodzi? Co jest…

– Drugie pytanie – rzekł, wchodząc mu w słowo blondyn. – Wieleset lat temu, przez zupełny przypadek, nasze sondy wykryły obecność życia na planecie oddalonej o zaledwie dwa parseki od nas. Tak nawiązaliśmy pierwszy kontakt. Gdy okazało się, że takich samych planet jak nasza jest więcej, postanowiliśmy stworzyć swego rodzaju… parlament? Tak, to wasze słowo dobrze oddaje charakter tego zgromadzenia. Jesteśmy najstarszą i najbardziej rozwiniętą Ziemią, i choć teraz tego nie zrozumiecie, to na naszej planecie utworzono, ten nazwijmy to parlament, aby przedstawiciele wszystkich ziem, mogli się wzajemnie komunikować. Na razie tyle musicie wiedzieć. Czas na trzecie i ostatnie pytanie.

Cała czwórka naszych bohaterów popadła w intensywne rozmyślania, Żaden z nich nie chciał już popełnić błędu, jakim byłoby nierozważne pytanie. Naturalnym stał się fakt, że to ostatnie pytanie winno paść z ust dowódcy, mimo, że to on tak niefortunnie ograniczył możliwość ich zadawania do dwóch sztuk. Wyszopolski rozmyślał, nie wiedząc właściwie, o co pytać. Na to nikt go nie przygotował. Na to nikt nigdy nikogo nie przygotował. Pot zrosił czoło dowódcy, obserwowanego intensywnie nie tylko przez swoich własnych podwładnych, ale także przez dobrodusznie uśmiechającego się w jego kierunku pięknego blondyna. Jego idealnie błękitne tęczówki otoczone śnieżnobiałą twardówką lśniły w delikatnej niebieskiej poświacie. Wyszopolski skupiony, na zdającym się przerastać go zadaniu, zaczął dostrzegać szczegóły sceny. Idealny świat skąpany w hermetycznej bieli. Komandor rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie znalazł źródeł światła, choć cały pokój wypełniała jasność, z lekka niebieskawa. Nie znalazł śladu okien, a centralnym punktem pomieszczenia był stół. Ogromny, długi na kilkadziesiąt, jeśli nie jeszcze na więcej, metrów. Siedziało przy nim wielu, naprawdę wielu ludzi. Różniących się od siebie wieloma szczegółami. Biali, czarni, brązowi, czerwoni. Wysocy, niscy i średni. Ludzie, wszystko ludzie, choć jacyś tacy niepodobni. O co by oni spytali? Samemu się dziwiąc, w końcu słowa popłynęły przez usta komandora:

– Czym jesteśmy?

Twarz idealnego blondyna zadrżała, a setki ziemian, siedzących przy stole i dotychczas wpatrujących się w stół, jak na rozkaz spojrzało w kierunku czwórki naszych astronarzy. Bohlenowi zaczęła nerwowo drgać noga, a Bałamutowa wyszeptała:

– No pięknie.

Tymczasem twarz pięknego blondyna powoli rozjaśnił uroczy uśmiech, ukazując dwa rzędy idealnie białych zębów. Takie same, szczero-białe uśmiechy, pojawiły się u siedzących przy stole ambasadorów ziemskiego wszechświata. Piękny blondyn pochylił się ku astronarzom i klasnął donośnie w dłonie.

– Moi mili! – Niemal krzyknął. – Czym jesteście. He…He. Mięsem i wodą, życiem i śmiercią. Niczym,a zarazem wszystkim. Śmiertelnością w cząstce nieskończoności. Wszyscy tym jesteśmy. Niczym wobec ogółu i wszystkim wobec siebie. Jesteśmy niszczycielami światów, niszczycielską siłą pełną nienawiści. Jesteśmy LUDŹMI!!! Całym światem w ułomnym ciele. Jesteśmy…niczym.

Nasza czwórka bohaterów uporczywie wpatrywała się w stojącego przed nimi przedstawiciela innego świata i żadnym razie nie rozumiała, o czym on, do cholery, mówi. Blondyn przyjrzał się im jeszcze uważniej, aż poczuli ciarki na plecach. W tych jego idealnie błękitnych oczach czaiło się niewypowiedziane szaleństwo. Jesteśmy w domu wariatów, pomyślał Bohlen. Po pełnej napięcia chwili, ideał przemówił znowu:

– Stało się. Trzy pytania padły, trzy odpowiedzi poszybowały w przestrzeń. Cała wiedza przekazana. Posłuchajcie teraz, co mamy wam do przekazania. Obserwujemy was długo, dłużej niż jesteście w stanie to sobie wyobrazić. Widzieliśmy wasze upadki i wzloty. Ogromne cierpienie i coś, co nazywacie miłością, które to słowo nie jest w stanie oddać skomplikowania tego uczucia. Wasz rozwój odbywał się tak samo jak rozwój większości naszych Ziem. Żyliście, cierpieliście i zabijaliście. Później przyszła religia, filozofia i wiara. Na końcu sami staliście się swoimi bogami. Jesteście zdolni zniszczyć planetę i całe życie na niej. Marzycie, myślicie i knujecie. Możecie wszystko, a jednak nie możecie nic. Nadszedł czas by z prawdą się pogodzić. Za rok o tej porze przylecicie znowui zostaniecie przyjęci do Ziem Zjednoczonych, by nieść światło… Od tej pory będziemy utrzymywać bliskie stosunki i kierować waszymi działaniami w zgodzie z ziemską konwencją.

– A co jeśli nie będziemy chcieli… – wyrwało się coraz bardziej niespokojnemu Bohlenowi. Wyczuwał on, zresztą jak każdy z naszych astronarzy, ukrytą groźbę w słowach pięknego blondyna.

– Wtedy już nic nie będzie takie same – odpowiedział najzwyczajniej na świecie piękny Blondyn.

Chcieliśmy uprzedzić naszych Szanownych Czytelników, że spisana historia wydarzyła się naprawdę. Miała miejsce trzysta sześćdziesiąt lat od dnia dzisiejszego. W trosce zaś o mieszkańców naszej Cudownej Ziemi, jej potężnych żołnierzy i astronarzy, wszelkie informacje o Zjednoczeńcach zostały utajnione wobec ogółu mieszkańców. Wojna toczona w obronie naszej Cudownej Narodowej Ziemi stanowi tego najlepszy powód. //Cenz. – należy usunąć/przeredagować powyższy ostatni akapit. Wyjaś. Powyższy akapit może wnieść niepokojące myśli w umysłach czytelników//

Tekst edukacyjny przeznaczony dla ludzi w wieku do 6 lat.

Zatwierdzono, po wniesieniu poprawek.

Wyższy cenzor Polakowej Izby Sprawiedliwości i członek Komitetu Cenzorów Cudownej Narodowej Ziemi.

Gniewomir Kaczorski, czterdziesty tego nazwiska.

Ku chwale CNZ

Copyright ©http://empiresilesia.pl

Post Author: Rulez260

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *