Bartnik rozdział I: Karczma

Bartnik rozdział I: Karczma

Umieszczone przezemnie, dawno temu, a teraz odświeżone, no i tak raczej nie ma szału:

Lipiec 11th, 2008 by Rulez260 na stronie:

http://mystery.pl/bartnik-rozdi-karczma/ oraz http://www.fantazyzone.pl/rozdzialy.php?rozdzial=500 (w nieco innej wersji)

Bartnik rozdział I: Karczma

Stara karczma w zbiegu dróg

Ma stoczone czerwiem ściany,

Strzechę burą na kształt strupa,

Trzęsie w  wietrze szyld blaszany

Z piszczelami kościotrupa.

Deszcz padał, światem targały grzmoty poprzedzone piorunami. Ciemność oplotła Śląsk, niczym pająk swą ofiarę. Patryk Moller szedł gościńcem dobre kilka godzin, aż zauważył karczmę, otoczoną ostrokołem. Takie czasy pomyślał. Szynk sprawiał przytłaczające wrażenie. Był duży, co najmniej dwupiętrowy. Przed wielką dębową bramą stało dwóch, pokaźnie zbudowanych strażników. Obaj mieli na sobie bryganty pokrywające przeszywnice. Na wydatnych brzuchach wisiały im pasy, a za nimi powieszone były buławy. Ręce ich pokrywały skórzane rękawice, a stopy trzewiki kolcze. Brama, przy której stali, sprawiała wrażenie niezwykle solidnej, mierzyła dwa i pół cala grubości, nabijana była stalowymi ćwiekami, a osadzono ją, na potężnych zawiasach. W świetle latarń otaczających wejście dostrzegł jeszcze wąskie strzeliny okien i stajnię, z której właśnie wyszedł najprawdopodobniej pachołek.

Moller podszedł do wykidajłów:

– Co słychać?- Zapytał piskliwie. Bał się jak cholera.

– Ciebie pedale- odparł od niechcenia, ochrypłym głosem, z miną półgłówka jeden z ochroniarzy, który trzymał w lewej dłoni olbrzymi kłapeć baraniny- Wchodzić albo znikać.

Moller nacisnął żelazną klamkę, rzeźbioną na kształt brzozy i wszedł na dziedziniec. Przemierzył go kilkunastoma szybkimi krokami, jednak już po chwili łypcie z łyka, które miał na stopach, całe pokryły się grubą warstwą błota zmieszanego z gównem koni i rzeką pomyj wyrzucanych z karczmy. W końcu, ku swojej uldze, otworzył bramy właściwej oberży. Wtargnął do innego świata, w środku panował zaduch. Po lewej stronie dużej izby znajdowało się palenisko nad którym, pachołek obracał tuszę świni. Tłuszcz kapał w płomienie, powodując głośne trzaski i wzburzenie ognia. Światła dostarczały świece oraz okrągłe otwory wycięte w dachu, bowiem okna były zabite deskami. W trzech rzędach, równo ustawiono dębowe stoły o potężnych blatach i stabilnych, solidnych nogach zbitych bretnalami. Przy nich, po obu stronach stały ławy. W większości zajęte przez chłopów podobnie ubranych do Mollera, w kubraki. Rozprawiali pewnie o chędożonych plugastwach, wielkich panach i swojej niedoli. Przy jednej z ław, bliżej paleniska zauważył strojniej odzianych ludzi, prawdopodobnie handlarzy. Na przeciw miejsca gdzie stał, spasiony oberżysta za kontuarem dłubał w nosie, po czym obrócił się i wszedł do magazynu. Patryk poszedł dalej ciągle się rozglądając. W środku pachniało spaloną cebulą, tłuszczem, dymem i potem, mimo to atmosfera była przyjemna. Na pewno lepsza niż w wiosce. W kącie skrzypek, lutnista i bębniarz przygrywali miłą dla ucha muzyką. Młoda dziewczyna o wydatnych kształtach, zamiatała gipsową podłogę. Moller podszedł do szynkwasu, przy którym znów stał gruby karczmarz.

– Co chceta?- Grubiańsko spytał oberżysta

– Mom trzy grosze, co mogam za to kupić?

– Żejdlik wina

– A co do jedzenia?

– Chleb i parę pasków słonego mięsa- odburknął grubas

– To dejcie, a je jeszcze kaj miejsce?

– Na górze, po schodach.

Karczmarz podał mu półlitrowy drewniany kufel napełniony winem i parę pasków solonego mięsa w drewnianej misie. Moller położył na blat trzy praskie grosze, wziął wino oraz mięsiwo, poprawił tobołek zawieszony na plecach i po schodach udał się na górę. Było tu równie przyjemnie jak na dole z tym, że nie śmierdziało. Przy stołach siedziało niewielu gości. Dwóch chłopów, kupiec, trzech pasterzy, paru kuglarzy, którzy grali w kości, stary człowiek śpiewający po cichu jakąś zbereźną piosenkę. Przysiadł się właśnie do niego, sam nie wiedząc dlaczego. Łyknął wina i zagryzł suchym, solonym mięsem. Musiał porządnie pociągnąć, by oderwać kęs. Zaczął rzuć czując w ustach mdły smak mięsa, solonego solą z kopalni w Wieliczce. Podniósł wzrok i spojrzał na dziadka. Stary człowiek na ogorzałej twarzy bez śladu zarostu, miał długą bliznę od policzka po brodę. Jego ubiór niczym szczególnym się nie odznaczał, więc, Moller pomyślał, że to zwykły wieśniak z pobliskiej wioski. Dziadek spojrzał na niego i zapytał dźwięcznym głosem:

– Witam. Co taki młodzieniec jak ty tutaj robi?

Nic- odpowiedział szybko Patryk, po czym rozejrzał się. Wielkie świece za zwierzęcego tłuszczu paliły się jasnym płomieniem. Kupiec siedzący naprzeciw Mollera wstał i zszedł na dół. Po chwili po schodach powolnym, ciężkim krokiem wszedł oberżysta. Podszedł do stołu, przy którym siedział Moller i zapytał staruszka:

– Raabenkorp, czego sobie życzycie?

– Cicer cum caule i do tego wina, drogi Józefie.

Karczmarz odszedł. Staruszek spojrzał znowu na Mollera i powiedział:

– Czas zarobić na spokojne życie. Czas na opowieść.

Móller powoli podniósł wzrok i zmrużył oczy, po czym spytał:

– Jaką?

Nim starzec zdążył odpowiedzieć, wrócił karczmarz przynosząc kufel napełniony winem i groch z kapustą w wielkiej drewnianej misie.

– No dziadku, czas na twoje bajdurzenie- karczmarz Józef obrócił się do pozostałych gości i powiedział- Panowie, dobrzy i drodzy, szanowny Raabenkorp, opowie wam dziś niesamowitą opowieść, która rozjaśni wam dzień, w te ciężkie czasy.- Spojrzał, przelotnie na starca i mruknął- Oby twa dzisiejsza historia była dobra, bo inaczej szukaj sobie innego miejsca starcze.

-Słuchajcie moi mili, historii o Królu Karolu, cesarzu naszym Wielkim, który siedem pełnych lat zostawał w Hiszpanii, aż po samo morze zdobył tę wyżynę. Nie masz zamku, który by mu się ostał, nie masz muru, który by był cały, nie masz miasta, krom Saragossy stojącej na górze. Włada tam król Marsyl nie miłujący Boga – Mahometowi służy, do Apollina się modli. Nie ustrzeże się nieszczęścia…

Opowieść trwała. Coraz więcej słuchaczy zbierało się wokół stołu, gdy wybiła północ, Moller zasnął. Obudził go dopiero hałas i swąd spalenizny.

O nie!  Zaraz pomyślał o Raubritterach. Usłyszał dochodzące z dołu wrzaski i jęki oraz trzask płomieni. Szybko rozejrzał się, był sam, wszyscy słuchacze, jak i sam dziadek uciekli, zostawiając swój dobytek tam gdzie siedzieli. Patryk wstał gwałtownie, jak mogłem przespać atak- pomyślał, chwytając płócienny tobołek, z tym co udało mu się uratować z poprzedniej pożogi i zaczął nasłuchiwać.  Wtem usłyszał tupot ciężkich butów i brzęk ostróg, a na górze pojawił się człowiek z metalowym kapeluszem na głowie. W prawej ręce trzymał długi kij zwięczony kopułą nabijaną kolcami. Miarowo, poruszał nią tworząc w powietrzu kręgi. Żołnierz ruszył powoli ku Mollerowi. Patryk zaczął wpadać w panikę. Nosz kurwa piknie pomyślał, przez ułamek sekundy nim strach przejął kontrolę. Zaczął cofać się miarowo, omijając stół. Szybko zerknął w tył i zobaczył za sobą ścianę. Wojownik zbliżał się. Mollerowi wydawało się, że się uśmiechnął. Wtedy biorąc ogromny zamach uderzył swoją bronią, Moller pierwszy raz widział coś takiego, tak szczerze mówiąc to pierwszy raz z bliska widział wojownika, w blat dębowego stołu. Broń wbiła się w drewno na kilka centymetrów, aż drzazgi posypały się w koło. Moller podskoczył ze strachu, a po udzie pociekła mu strużka moczu. Wojownik nie spoglądając nawet na wystraszonego chłopca rozsiadł się na ławie, kładąc na stół nogi.

– Sprzedamy cię obszczymurze, byś zgnił, jak to całe plugastwo, a teraz przynieś mi piwa, ino prędko. Hulajże młokosie- rzekł

Moller odwrócił się, opuścił powoli drżącymi dłońmi tobołek i ruszył ku schodom, wielkim łukiem mijając wojownika i stół przy którym siedział. Ten nawet nie spojrzał na drżącego ze strachu Patryka. Chłopak dotarł do progu schodów, solidnych, bukowych, ze starannie zdobioną poręczą w kształcie węża eskulapa. Zaczął schodzić w dół, powoli, zrezygnowanym krokiem. W końcu znalazł się na dole. Jednak jakże parter karczmy różnił się od tego, co zapamiętał chłopiec. Palenisko zostało zniszczone, popiół z niego pokrywał wszystko dookoła cienką warstwą. Moller zmrużył oczy i rozejrzał się, dwa ciała zaległy w kącie. Rozpoznał wieśniaków, którzy niedawno prowadzili, żywo gestykulując dysputę. Nad zwłokami stał żołnierz w kolczudze do ud i łapciach plecionych z łyka lipowego, takich jakie wyrabiała jego mama. Jego szeroki miecz wciąż pokrywała czerwień krwi. Moller pokonał ostatni stopień schodów i stanął na klepisku. Wtedy poczuł uderzenie w tył głowy. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył był kawałek jego własnego ucha.

ZQdPOU3

Brak komentarzy

  1. Bardzo mi się podoba. Bardzo dobry styl, porządna archaizacja, ciekawie zaczeta opowieśc. czekam z niecierpliwościa na ciąg dalszy.
    PS. Co do stylu- staraj się jak najrzadziej używać stwierdzen typu: „Miał na sobie” czy „był taki a taki”.

  2. Również bardzo dobrze mi się czyta!Dobre rozpoczęcie ciekawej opowieści!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *