17

17

17 – (rzym.) XVII to anagram od łacińskiego wixi to jest żyłem, rozumianym także jako nie żyję .

Nie lękajcie się ciemności… lecz pozwólcie, by was spowiła.

Otworzył oczy.

– Ja jebię. – Tępy, wręcz nieznośny ból głowy rozsadzał mu tkankę miękką pod czaszką. – Ale bania – wysyczał cicho, czując, jak wyschnięty do granic możliwości język, uderza o podniebienie. Serce zamknięte w ciasnej przestrzeni klatki piersiowej waliło mu nieregularnie niczym młot początkującego kowala o rozgrzany metal. W głowie przysłowiowy helikopter, spotęgowany łupaniem w tylnej części czaszki między ciemieniem a potylicą na granicy szwu węglowego, siał ogromne spustoszenie w jego mózgu. Zęby rwały, a nogi bolały.

W jego pokoju, który dzielił z dwójką współlokatorów, panował półmrok, gdyż do połowy zaciągnięte zasłony wpuszczały zaledwie skromne promienie Słońca. Odór alkoholowych wyziewów, przepełnionych mdłym zapachem nieprzetrawionej wódki, stanowił nieodparty argument, że wczoraj stanowczo przesadził. Mimo wszystkich znaków na niebie i ziemi każących mu pozostać biernym, postanowił wstać. Zanim całkiem podniósł się na nogi, sięgnął po omacku w poszukiwaniu telefonu, który leżał pomiędzy Air Maxami a z lekka przetartą skarpetką. Przybliżył telefon do twarzy i nacisnął boczny przycisk, który z reguły uruchamiał cudo chińskiej techniki, jednak tym razem nic się nie stało. Zrezygnowany wstał ociężale, rzucił komórkę na łóżko i otwierając drzwi pokoju, skierował się do toalety. Ta krótka, zamroczona nawrotami pokrętnych wspomnień wyrwanych z alkoholowego palimpsestu, droga cierniowa, doprowadziła go w końcu do ubikacji, którą otwarł szybkim ruchem ręki. Wykafelkowana, zimna podłoga podziałała na jego bose stopy co najmniej orzeźwiająco, za to światło, które paliło się nieustannie w module, wycisnęło łzy z kaprawych oczu. W końcu stanął nad deską klozetową, prawą ręką opierając się o ścianę, po czym obsikał muszlę i kawałek podłogi.

– O boże! Jak dobrze, lanie mistrzów – rzucił przez zaschnięte gardło i chwiejnym krokiem wrócił do pokoju. Przy łóżku na podłodze w całkowitym nieładzie leżała pomięta koszulka i buty. Po chwili, zabierając ręcznik, płyn do kąpieli i szczoteczkę do zębów poszedł pod prysznic. Był to jego rytuał po całonocnych burdach i imprezach. Bez strumienia ciepłej wody ściekającego po ciele, nie byłby w stanie funkcjonować przez cały dzień. Jak doskonale przewidywał, woda go orzeźwiła. Myjąc się, zauważył jednak dziwne znaki na ciele, których wcześniej nie miał. Zaczął je badać, bliznom bliżej było do keloidów, niż regularnych sznytów. Mimo że nie były tak wielkie jak prawdziwe, robiły straszne wrażenie. Przestraszył się nie na żarty. Zaczął je liczyć, dwie na lewym ramieniu, jedna na prawym, kilka na brzuchu i na nogach. Doliczył się piętnastu, również z tyłu ciała. – Co ja wczoraj narobiłem – pomyślał. Nie mógł sobie przypomnieć rozwoju wypadków. Może gasiliśmy fajki na ciele albo to jakaś choroba. Zrezygnowany swoją kolejną głupotą, otrzeźwiony prysznicem i odkryciem blizn na ciele, wrócił do pokoju. Współlokatorów, jak nie było, tak nie było nadal. Odsłonił rolety, a światło wpadające teraz przez okno rozbiło się na tysiące promieni, odbijających się od kilku pustych butelek najtańszej dyskontowej wódki. Poszukał swoich gaci  i wyjął z nich pomiętą paczkę papierosów oraz szarą chromowaną zapalniczkę, z tych, na które lecą laski. Wyszedł na korytarz, a docierając do jego końca, otworzył okno i zapalił, po czym przysunął zapełnioną do połowy petami byłą konserwę kukurydzianą. Dym gryzł w gardło, mimo to poczuł ulgę. Leniwie wciągając dym, który wypełnił już cały korytarz charakterystycznym zapachem, zrozumiał, że coś jest nie tak. Rozejrzał się po pomalowanym na zielono korytarzu akademika, kurwidołka jak sam lubił o nim mówić. Pusto i cicho. Z reguły w środku zawsze panował ruch, nieustanna muzyka, pielgrzymki do wspólnej kuchni czy ludzie wchodzący i wychodzący z trzech wiecznie zacinających się wind. Sześćdziesiąt osób na piętrze a tu cisza. Wyjrzał przez okno i nic, ani jednej osoby na dole, nawet śpiewu ptaków nie zdołał uchwycić. Wyrzucił peta przez okno i wrócił do pokoju. Spróbował ponownie włączyć telefon, ale znów plastikowa cegła nie dała znaku życia. Podłączył ją więc, pod ładowarkę. Czerwone światełko świadczyło o tym, że jest prąd. Włączył laptopa, po chwili ekran rozjarzył się na niebiesko, by w końcu wczytał się panel logowania. Kliknął ikonkę i pojawił się pulpit. Wszedł na przeglądarkę internetową i wpisał w Googlach nazwę jednej ze stron informacyjnych. Po chwili wyświetliła się na ekranie. Nic nadzwyczajnego z niej nie wyczytał. Typowy zlepek papki, przeplatany informacjami z kraju i świata. Sprawdził datę ostatnich wpisów – druga siedemnaście. Dla pewności sprawdził kilka innych stron, ale było w nich to samo. Na każdej ostatni wpis pojawił się w granicach godziny drugiej piętnaście a dwadzieścia. Później nie było już więcej informacji, aż do teraz. – No to już przekracza wszystkie granice. Coś musiało się stać w tym czasie. Może obcy, wojna, zaraza. No nie wiem. Myśl. Myśl! Myśl! Myśl! – Nagle z całej siły uderzył się w twarz. Policzek zapiekł, jednak cios nie obudził go z tego strasznego snu. Wziął w rękę swój telefon i wybrał numer do swojej dziewczyny. Brak sygnału. Mama. Brak sygnału; kilka kolejnych numerów to samo. Zrezygnowany rzucił komórkę na łóżko. Otworzył na oścież okno w pokoju, by go przewietrzyć. Niebo miało dziwny wygląd. Zamiast cudownego błękitu, zobaczył bladoczerwony nieboskłon i Słońce w kolorze krwi. Niemal doskonała kula, która widniała na ziemskim niebie od kilku miliardów lat, sprawiała wrażenie krwawiącej, krwawiącej czerwonymi  łzami. Naprawdę było źle – może to jakiś wybuch na Słońcu, czy coś… – Pomyślał.

– Trzeba się rozejrzeć. – Ciągle był spokojny, choć powoli dochodziła do niego powaga sytuacji. Wytrzeźwiał zadziwiająco szybko, ale pierwsze oznaki paniki zaczęły dręczyć jego ciało. Ręce zaczynały drżeć, powieka lewego oka drgała w charakterystycznym tiku nerwowym, a palce bezwiednie pocierały się jeden o drugi w kojący i uspokajający sposób. Spakował plecak roztrzęsionymi dłońmi, wkładając do przepastnego środka telefon, butelkę wody niegazowanej, paczkę fajek i zapalniczkę. Zamknął drzwi, tradycyjnie już, nie na klucz i schodami zszedł na parter. Tak samo jak po drodze, tu także nie spotkał żywej duszy. Przestraszony z szeroko otwartymi oczami wyszedł na zewnątrz przez podwójne drzwi. Z czoła spływał mu pot, a ciało oblała fala gorąca. Na dworze panowała absolutna cisza. Świat zdawał się tonąć w czerwonej poświacie, której budynkom nadawało Słońce. – Świetnie, po prostu świetnie, co oni robią na filmach… – Zapasy. Nagle zerwał się wiatr, który poza tumanami kurzu i liści przywiał ze sobą mdły zapach, zapach, który kojarzył się bardzo źle, metaliczny i charakterystyczny, taki z którym nic nie można było pomylić. Zapach krwi. Wiatr rozwiał go jednak równie szybko, jak go przywiał.

W końcu zbiegł ze schodów prowadzących do wejścia akademika i skierował się w lewo wyludnionymi uliczkami w stronę najbliższego supermarketu. Każdemu krokowi towarzyszyła przygnębiająca cisza, a odgłos podeszew butów uderzających o bruk rozbrzmiewał niczym donośny dźwięk Liberty Bell na urodzinach Washingtona. I tak jak dzwon wolności pękł i zamilkł, tak odgłos kroków po uliczkach z betonowej płyty zamilkł, kiedy włożył do uszu słuchawki. I zagrało w głowie:

Życie różnie się układa, mówią los się kłania albo stoi z pałką grubą i bije mocno i równo, metodycznie i długo aż twarz się staje krwawą masą a ciało kukłą bez czucia niemal Ból stał się codziennością…

Podążając wzdłuż po-peerelowskich inkubatorów i domów jedno bądź wielo-rodzinnych, dotarł do supermarketu. Szklane dwu działowe drzwi były zamknięte. Chłopak kopnął w nie, najpierw lekko, później już z całej siły. Nawet nie drgnęły. Sam poczuł jednak dziwne kłucie w brzuchu, a kiedy dotknął go, pod koszulką wyczuł, że tajemnicze blizny są gorące i bolą pod dotykiem. Kiedy zaś przyjrzał się swojemu odbiciu w drzwiach, zauważył dwie kolejne blizny, o grubych brzegach nawarstwionej skóry, w kolorze brudnej czerwieni, pulsujące i nabrzmiałe.

– Pięknie no to jest ich siedemnaście – powiedział na głos. Zdenerwowany, zaczął z całych sił kopać w zbudowane z grubej tafli szkła drzwi, ale te pozostały niewzruszone na jego starania. Zaczął szukać jakiegoś przedmiotu do ich rozbicia. Po chwili zaczął z pasją uderzać o nie sporych rozmiarów kamieniem. Już po pierwszym ciosie pajęczyna pęknięć ozdobiła szkło. Kilka kolejnych uderzeń zrobiło sporych rozmiarów wyrwę w dotąd jednolitej masie, a kilka dodatkowych kopnięć zniszczyło je na tyle, by mógł wejść do środka. Ruszył przez nieoświetlony hol prowadzący do sklepu. Momentalnie uderzył go w nozdrza, zapach nadpsutego mięsa. Jarzeniówki, odznaczające się charakterystycznym buczeniem, oświetlały na szczęście, półki sklepowe. Znalazł wielki koszyk na kółkach, który teraz prowadził przed sobą, przechadzając się wzdłuż półek zapełnionych różnorakimi artykułami konsumpcyjnymi. Wrzucał do środka konserwy, makarony, napoje, słodycze i dużo, dużo czekolady. Znalazł zestaw wielkich noży, które dodał do swojego asortymentu. Po krótkim namyśle, włożył także ze stojaka ze sklepową literaturą książkę, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął.

Razem z wypakowanym po brzegi wózkiem, nie bez trudu wydostał się przez rozbite drzwi, na zewnątrz. Szybko wrócił do akademika, gdzie wypakował rzeczy do wciąż działającej lodówki. Jeszcze raz dla pewności sprawdził strony internetowe oraz próbował dodzwonić się do kogokolwiek. Odwiedził również pokoje sąsiadek w akademiku. Wszystkie, tak jak przypuszczał, były puste. Po powrocie do swojego pokoju, spakował do plecaka kilka puszek z owocami, parę bułek, dwie półlitrowe butelki wody niegazowanej. Wychodząc z pokoju, w ręku trzymał zaś największy z przyniesionych ze sobą ze sklepu noży. Po zejściu na dół, szybko wyszedł na zewnątrz i skierował się w stronę komendy policji. Czuł, że coś dziwnego dzieje się z jego ciałem, było rozpalone, a blizny, które się pojawiły rano, były tylko jednym z objawów. Bolały go stawy i mięśnie, z każdą chwilą bardziej, choć jeszcze nie tak, by utrudniały w znaczący sposób poruszanie czy funkcjonowanie. W czasie drogi na policję, puściła się mu również krew z nosa, która swymi czerwonymi kwiatami upstrzyła jego T-shirt. Szedł pustymi ulicami, bacząc na każdy ruch. Krwistoczerwone niebo przydawało przemierzanemu przezeń światu niepokojącą barwę zła i niemocy. Cisza wszędzie. W głowie słyszał niemal rytm bicia swojego serca. Dojście do gmachu Wojewódzkiej Komendy Policji zajęło mu kilkanaście minut. Spojrzał na zegarek, stojąc na szerokich schodach wielkiego budynku. Była czternasta siedemnaście. Usiadł i zjadł słodką bułkę, popijając ją wodą z butelki. Po posiłku, zdecydowanym krokiem wszedł do komisariatu. Tu drzwi w większości były otwarte, więc eksploracja nie stanowiła większego kłopotu, co prawda raz czy dwa musiał się trochę natrudzić lub poszukać kluczyka, jednak obyło się bez większych kłopotów. W czasie swoich poszukiwań w środku, znalazł tonfę policyjną, czyli zwykłą pałkę z bocznym uchwytem. W szafce jednego z policjantów kryminalnych, znalazł broń, wyprodukowanego zapewne w Łuczniku Waltera P99 oraz paczkę naboi z oznaczeniem Parabellum. Nie umiał strzelać, mało tego nigdy nawet nie trzymał prawdziwej broni w ręku, bo chyba wiatrówka czy ASG się nie liczą. Jednak wiedział, jaki to pistolet, co było pokłosiem nie tylko jego zainteresowań, ale także licznych gier komputerowych, w jakie zagrał. Był też pewien, że prędzej rzuciłby nią w przeciwnika, niż strzelił. Po wyjściu na zewnątrz, zauważył coś, czego wcześniej, był tego pewien, nie było. Czarna, gęsta smuga dymu unosiła się pod niebo znad dworca kolejowego, oddalonego od Komendy o paręset metrów. Obserwując uważnie rosnące pnącze dymu, dostrzegał także języki ognia, które mu towarzyszyły. Postanowił dowiedzieć się, co się stało, skąd wziął się dym i ogień, skoro nikogo niema. W jego głowie, z niezrozumiałych dla niego samego powodów, zakiełkowała myśl o wykolejonym pociągu. Ruszył szybkim krokiem w stronę Dworca Głównego, mijając po drodze okazałe gmaszysko poczty. Po chwili wchodził już do środka budynku. Zszedł po schodach i podziemnym przejściem przemierzył drogę do kas biletowych i poczekalni. Po drodze nie czuł jednak charakterystycznego zapachu dymu czy spalenizny. Gdy wyszedł na pierwszy peron, jego nerwy nie wytrzymały. Upadł na kolana, a łzy zaczęły cisnąć mu się do oczu.

– ZWARIOWAŁEM! Normalnie zwariowałem – krzyczał przerażony. Przed nim rozciągał się widok zgoła osobliwy. Dym i języki płomieni wydobywały się z dziury w ziemi. Ta z kolei znajdowała się po prostu na peronie. Owa dziura kształt miała dziwny, ni to owalny, ni to kulisty, tak jakby zarys twarzy. Nagle zauważył ruch, kilkanaście metrów przed sobą. Jakąś istotę przebiegającą między wagonami. Wstał energicznie i chwycił mocniej pałkę, przy czym zaczął się powoli wycofywać w stronę budynku dworca. Jeden, drugi, trzeci. Teraz ich widział w całej okazałości. Rośli i zakapturzeni, w szerokich bluzach, w rękach trzymali noże. Odwrócił się i zaczął biec. Biec tak szybko, jak jeszcze nigdy wcześniej. Dobiegając do Komendy policji, cały płonął, krew dudniła mu w skroniach, a płuca paliły. Schował się w budynku, gdzie za biurkiem jednego z licznych pokoi odzyskiwał siły. – Może umarłem… albo, albo to tylko sen. – Spojrzał na zegarek szesnasta siedem. Potrząsnął głową. – To nie może być prawda. Myśl, naczytałeś się tej całej fantastyki, tam zawsze było wyjście z sytuacji. Boże co się dzieje. – W końcu wstał i wyszedł ostrożnie na zewnątrz. Nie zauważył nic podejrzanego. Cały czas czujnie spoglądał we wszystkie strony. Ruszył rynkiem w stronę galerii handlowej. Poruszał się powoli, z plecami przyciśniętymi do ścian kamieniczek. W końcu znalazł się u stóp świątyni zakupów. Obrotowe drzwi prowadzące do jej wejścia działały, wszedł więc do środka. Poszedł na samą górę i znalazł się w galerii, skąd rozciągał się znakomity widok na miasto. Znów puściła mu się krew z nosa, a ból gdzieś wewnątrz ciała, powoli narastał. Dziwne rany na ciele, też coraz bardziej pulsowały piekącym bólem, nie dając o sobie zapomnieć.

Widział węża dymu, który rósł znad Dworca Kolejowego, ale poza nim nie było nic, tylko czerń. – O mój boże świat się kończy. – Gdzie tylko sięgał wzrokiem, miasto rozciągało się tylko do pewnego momentu, potem nie było już nic jak w The Neverending Story Endego. Mimochodem, przypomniał sobie ulubioną książkę dzieciństwa. Usiadł i zaczął obserwować pozostały przy widoczności świat, a łzy niczym krople rosy o poranku, napływały mu do oczu. Myślał o swoim życiu, rodzinie i dziewczynie, łkając co chwilę, powtarzał: – Obudź się, błagam! Proszę. Może wczoraj coś ćpałem. – Na dole, oprócz oczywistego braku jakichkolwiek istot organicznych, wszystko było w jak najlepszym porządku. Samochody stały na parkingach i poboczach, owoce i warzywa schematycznie poukładane na straganach kusiły do zakupu, a sklepy z konfekcją były otwarte, jak w normalny dzień. Wszystko było normalne, tylko bez ludzi czy chociażby zwierząt. A może jednak nie. Niebo szarzało, a czarny horyzont nicości tak jakby powoli połykał kolejne połacie miasta. Całe ciało bolało go coraz bardziej. Czuł, że wariuje, że odchodzi od zmysłów. A może faktycznie nie żyje i to jest piekło.

Postanowił wrócić do akademika. Targany bólem i lękiem dotarł do budynku. Gdy wchodził po schodach, owiał go znów ten sam wiatr niosący zapach krwi i czegoś jeszcze, odwrócił się gwałtownie i to co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Budynki, dotąd znajdujące się w idealnym stanie wyglądały na totalnie zniszczone. Cały krajobraz prezentował sobą Drezno po nalocie. Niczemu się już nie dziwiąc, ledwo chodząc, wszedł do góry. Po chwili, trwającej wieczność w jego stanie, leżał na swoim łóżku. Usnął nawet nie wiadomo kiedy.

Gdy się obudził, czuł się dobrze, nawet bardzo dobrze. Nie odczuwał żadnych dolegliwości. Ból minął. Spojrzał na zegarek, równo dziewiętnasta. Spojrzał przez okno, jednak ciemność pochłonęła wszystko. Czując narastająca panikę, wybiegł z pokoju i pognał schodami na dach akademika, szybko wdrapując się po stopniach drabiny. Po chwili, siedział już na szczycie domu studenckiego, opierając się o ścianę jednej z licznych przybudówek. Znów poczuł narastający ból. Przerażony omiótł wzrokiem dookoła budynku, w odległości najwięcej pięciu metrów od niego, wszystko pogrążone było w mrocznej i gęstej ciemności. Co najgorsze ta ciemność/nicość zbliżała się łakomie, pragnąc otulić jego ciało. Zmęczony i zrezygnowany, patrzył tępym wzrokiem w nią, zdawało mu się, że dostrzega fragmenty wspomnień, zatarte i niejednoznaczne. Mignęła mu twarz matki, dziewczyny i rożnych sytuacji z życia. Nagle poczuł się ogromnie zmęczony.

Zamknął oczy.

– 20-letni student Uniwersytetu X, który dziś po godzinie 02:15 został brutalnie napadnięty przez grupę pijanych kibiców, niestety zmarł w szpitalu. Oddajemy głos naszemu reporterowi.

– Witam cię i witam telewidzów. Do tragedii doszło dzisiaj w nocy. Student przyjechał prawdopodobnie z rodzinnej miejscowości na zajęcia. Wiadomo, że był mieszkańcem domu studenta „Wołodyjowski”. Trójka napastników, która go napadła, jest obecnie przesłuchiwana w Wojewódzkiej Komendzie Policji. Grozi im nawet dożywocie. Chłopak został dotkliwie pobity, zadano mu siedemnaście pchnięć nożem. Mimo natychmiastowej pomocy i długiej walki o jego życie w szpitalu, zmarł o godzinie dziewiętnastej siedemnaście. Siedemnaście godzin po tym strasznym wydarzeniu.

– Dziękuję Ci Anno. A teraz Unia Europejska wprowadziła nowy zak…

Opowiadanie pojawiło się na:

  • http://www.libertas.pl/opowiadanie_17.html?PHPSESSID=e624f39f749ac73f000c9338e8e8ba00

Tekst piosenki: Eldo – Ulice przeklęte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *